M/s „Batory” i m/s „Piłsudski” już dawno nie istnieją. Pozostała po nich jedynie legenda i spora ilość wspomnień, anegdot i fotografii. Przy okazji wpisu dla Czasu Dżentelmenów wspominałem o traktującej o tych dwóch statkach książce Grzegorza Rogowskiego Pod polską banderą przez Atlantyk. Warto poświęcić jej jeszcze trochę miejsca, bo przybliża niezwykle ciekawy wycinek historii Polski.

I choć nigdy już na pokłady obu transatlantyków nie trafimy, warto rozmarzyć się, pomyśleć, co moglibyśmy na nich robić.

Oto pięć rzeczy do przeżycia pod polską banderą – oczywiście jeśli moglibyśmy cofnąć się w czasie.

 

  1. Pławić się na 160 metrach komfortu.

W dość powszechnym przekonaniu polskie równa się brzydkie i szare, gdzie nie spojrzeć  słoma wychodzi z butów a nad wszystkim unosi się zapach kanapki z jajkiem. Każdemu, kto uważa, że było tak od zawsze, można z czystym sumieniem polecić Pod polską banderą – to gruba książka, idealna, aby tego typu poglądy wybić sobie z głowy.

M/s „Batory” i m/s „Piłsudski” były perełkami polskiej sztuki użytkowej, czy też jak powiedzielibyśmy dzisiaj – designu. Nad wystrojem obu transatlantyków pracowały kilkunastoosobowe grupki artystów, które sprawiedliwie dzieliły się poszczególnymi salami: awangardyści, tradycjonaliści i secesjoniści nie wchodzili sobie w drogę.
Wszystko zostało zaprojektowane specjalnie dla obu statków: od najmniejszej łyżeczki, przez fotele i krzesła, po obrazy zdobiące ściany niemal wszystkich pomieszczeń. Tygodniowa podróż przez Atlantyk miała zapierać dech w piersiach – i tak właśnie było. Doceniali to zresztą nie tylko pasażerowie, zachwytów nie kryła również polska i zagraniczna prasa.

Podczas II wojny światowej m/s „Batory” został gruntownie przebudowany pod kątem transportu żołnierzy. Nowy wystrój, który ozdobił statek już w okresie komunizmu, choć nie dorównywał swemu poprzednikowi, nadal mógł robić wrażenie – wystarczy zajrzeć tutaj.

 

  1. Wziąć udział w akcji ratunkowej

Rejsy „Batorego” i „Piłsudskiego” oferowały nie tylko w relaks i atrakcje turystyczne. Oba statki często musiały stawiać czoła żywiołom natury. I to nie tylko wodzie, zalewającej pokład podczas sztormów i skuwającej go grubą warstwą lodu podczas jesiennych i zimowych miesięcy. Przynajmniej kilkukrotnie wybuchał pożar i to nie zawsze w wyniku awarii. Polskie transatlantyki swoją ofertą podpadły przynajmniej kilku innym spółkom i nie bez podstaw podejrzewano, że szalejący ogień bywał czasami efektem celowego działania konkurencji.

Oba statki dzielnie stawiały czoła potędze natury. Jednak bardzo często musiały pomagać innym jednostkom, które miały mniej szczęścia. Mimo fal, mgieł i mrozów polscy kapitanowie wielokrotnie reagowali na sygnał S.O.S i wyruszali na ratunek innym okrętom. Jeśli się udawało – chwała obiegała niemal cały zachodni świat. Jednak gdy na miejsce tragedii przybyto za późno, nad całym rejsem kład się ponury i przygnębiający cień śmierci. Tak było w 1936 roku, gdy m/s „Batory” wyruszył na ratunek amerykańskiemu wyławiaczowi min „Ametist”. Polski transatlantyk zastał jedynie puste i milczące morze.

Warto również dodać, że statki stawiały czoło nie tylko falom. Ale choć zdarzało im się zaryć w dno duńskich cieśnin i przesmyków, a nawet zderzać z innymi, nierozpoznanymi we mgle jednostkami – niemal zawsze wychodziły z opresji bez większych uszkodzeń.

800px-BatoryNewYork

M/s „Batory” w Nowym Jorku

 

 

  1. Przeżyć wojnę, opłynąć niemal cały świat i podbić Włochów – wszystko przeciągu kilku lat.

Statki tuż po wybuchu II wojny światowej zostały wcielone do marynarki Wielkiej Brytanii. Niestety służba m/s „Piłsudskiego” zakończyła się szybko i dramatycznie – wpadłszy na minę, zatonął już w pierwszym roku wojny. Ale „Batory” – czego ten statek nie przeżył! Od rejsów w transatlantyckich konwojach transportujących żołnierzy, po uczestniczenie w działaniach w Norwegii w 1940 roku. Wspomagał inwazje na północną Afrykę i południową Francję. Odbył rejs aż do Australii, wywożąc tam brytyjskie dzieci, aby te uniknęły koszmaru wojny. Na pokład m/s „Batorego” zawitał nawet sławny niedźwiedź Wojtek z 2 Korpusu Polskiego gen. Andersa.

„Batory” uczestniczył również w inwazji na faszystowskie Włochy. Ironią losu jest fakt, że to właśnie we włoskich stoczniach powstał nasz transatlantyk a polski rząd II RP okresowo wspierał władzę Mussoliniego po to, aby budowa statków przebiegała bezproblemowo. Co najśmieszniejsze, po zakończeniu wojny Włosi nadal domagali się ostatnich dwóch rat transatlantyku, którą ostatecznie otrzymali… w węglu. Tak bowiem spłacano statki również przed wojną.

  1. Przeżyć iście szpiegowską intrygę doby zimnej wojny albo uciec na Zachód.

 Komunizm, a szczególnie stalinizm, nie ominął m/s „Batorego”. Propaganda szalała w najlepsze, na pokładzie roiło się od komunistycznych agentów i szpicli, którzy czuwali nad słusznością wyznawanej w kajutach ideologii. Koszmar sytuacji politycznej w kraju spowodował, że statek zaczęto traktować jako jedną z niewielu możliwości ucieczki z Polski. Każdy postój w porcie stwarzał okazję do ucieczki, prośby o azyl polityczny na Zachodzie. Korzystali z tego zarówno pasażerowie, jak i załoga – w tym sam kapitan.

 

„Batory” był w założeniu statkiem łączącym Europę ze Ameryką Północną. Jak nietrudno się domyśleć, napięcie między USA z ZSRR spowodowało w końcu zerwanie – przynajmniej na jakiś czas – rejsów transatlantyckich. Zanim to jednak nastąpiło statek zdążył wplątać się w międzynarodową aferę na politycznym tle. Gerhard Eisler, którego amerykańska prasa nazywała „Czerwonym Agentem Numer Jeden”, potajemnie dostał się na statek, aby uciec ze Stanów Zjednoczonych. Pochwycono go dopiero w Anglii, gdzie wbrew obowiązującemu prawu międzynarodowemu, został siłą zabrany ze statku.

 

W zasadzie należy się zastanowić, dlaczego nie powstał jeszcze kryminał bądź thriller polityczny, którego akcja działaby się właśnie na pokładzie m/s „Batorego”. To wszak wymarzone miejsce dla intryg, morderstw i szpiegów. Pozostaje nam jedynie czekać.

Pod_Polska_bandera_przez_Atlantyk_-_okladka

5.   Zostać kapitanem

Przyjmować najważniejsze osobistości epoki, przeżywać narodziny i pogrzeby pasażerów, ratować inne statki i unikać lotniczych bomb podczas wojskowych operacji – wszystko to wchodziło w zakres obowiązków kapitanów m/s „Batorego” i m/s „Piłsudskiego”. Nieważne czy w upalnym słońcu Oceanu Indyjskiego, czy smagani zimnym wiatrem północnego Atlantyku, byli oni fundamentem swoich jednostek. Na Eustazego Borowskiego, Zygmunta Deyczakowskiego, Edwarda Pacewicza i Jana Ćwiklińskiego spływała chwała udanych operacji, ale również ciężar niezwykle trudnych decyzji, od których zależało życie całej załogi. Pełniąc funkcję kapitana potrafili również zapłacić najwyższą cenę – Mamert Stankiewicz nadzorował ewakuację tonącego „Piłsudskiego” i niemal jako ostatni opuścił statek. Zmarł z wyziębienia, walcząc całą noc o swoje życie na małej tratwie – wszystkie szalupy rozdysponował dla swojej załogi.

A jeśli komuś nie odpowiada narażenie swojego życia? Spokojnie – żywot kapitana to również bankiety i uroczystości, ordery i piękna legenda. Oraz setki, setki pozowanych zdjęć, które stają się potem niemal żywą kroniką życia na ukochanych przez siebie transatlantykach.