Galveston siłą rzeczy chce się porównywać do serialu Detektyw : ten sam autor, podobny klimat, mroczna atmosfera. Galveston ma w sobie jednak coś innego, dużo bardziej ponurego. No i nie jest typowym kryminałem.

Ciemno, ciemniej i brak światełka w tunelu

Książka opowiada historię Roya Cody – drugoligowego gangstera, który dowiaduje się, że jest nieuleczalnie chory na raka. Zostaje wplątany w intrygę, z której ledwo uchodzi z życiem. Przy okazji ratuje życie Rocky, ledwie osiemnastoletniej, zagubionej dziewczynie, z którą koniec końców zaszyje się w obskurnym hotelu na granicy stanów Teksas i Luizjana.

Jak na powieść noir przystało, wszystko kończy się tu źle albo bardzo źle. Mówiąc krótko – to ci źli wygrywają. Ale pojedynek dobrych i złych nie jest tu sprawą kluczową. Galveston opowiada przede wszystkim historię dwóch nieudanych żywotów: Roya, który wspomina wciąż swoją młodość i pierwszą miłość, boleśnie kontrastującą z jego aktualnym życiem, i Rocky, która poza handlem swoim ciałem niewiele w życiu umie. Oboje przegrali wszystko, co tylko mogli. I choć starają się sobie pomóc, to wszystko spełza na niczym – po prostu nie potrafią zmienić swojego życia.

Sięgając po Galveston miałem cichą nadzieję na niezwykły klimat południa USA, który urzekł mnie w pierwszym sezonie serialu. I trochę go znajdziemy – mijamy stare fabryki i opuszczone stacje benzynowe, Roy trafi nawet na bagna z aligatorami. Ale większość czasu spędzimy we wspominanym już motelu, który mógłby znaleźć się równie dobrze w Wirginii jak w Oregonie. Miejsce akcji pozostaje nieco w ukryciu, główną rolę odgrywają tu jednak bohaterowie i ich relacje i historie.

Choć to ponura i momentami przygnębiająca książka, to jest zarazem naprawdę wciągająca i świetnie napisana. Zdecydowanie warto – nawet jeśli nie jesteśmy fanami serialowych Detektywów.

 

 

PS. – Jeśli ktoś lubi czytać z muzyką, to ma pod ręką gotową ścieżkę dźwiękową.