Tylna okładka informuje nas, że to książka „Krwawa. Miłosna. Pierwotna. Totalna”. Czy rzeczywiście taka jest?

Krwawa.

Przez czterysta stron Dracha wędrować będziemy niemal po całym XX wieku i zabawimy też trochę w XIX i XXI. Ale najważniejszymi wydarzeniami będą obie wojny światowe, które odcisną na losach dwóch Śląskich rodzin, Magnorów i Gemanderów, niezatarte piętno.

Rzeczywiście jest tu krwawo. Josef Magnor, najważniejsza chyba postać powieści, trafia na front zachodni I wojny światowej, gdzie walczyć będzie z budzącymi grozę czarnoskórymi Negrami z armii francuskiej. Opis walki o Höhe 165 jest niezwykle sugestywny i możemy odnieść wrażenie, że sami nurzamy się w mazi z błota, krwi i resztek współtowarzyszy. Równie ciekawy jest opis walk Armii Czerwonej z Niemcami – to trzymający w napięciu fragment, który rozgrywa się w ruinach szpitala psychiatrycznego. Bitwa ta to naprawdę niezłe zakończenie całej powieści.

Pełna miłości i pierwotności.

Miłości znajdziemy niewiele, a jeśli już, to będzie schowana pod grubymi warstwami pierwotności i sprowadzona do funkcji czysto biologicznej. A biologii jest tu mnóstwo. Wszędzie coś gnije i rozkłada się, co chwila ktoś się rodzi, a ktoś inny umiera. Śmierć jest tu na porządku dziennym, opisywana niezwykle szczegółowo, niemal co do każdego złamanego żebra, co do każdej przebitej tkanki, co do każdej bakterii rozpoczynającej rozkład ciała.

Podyktowane jest to pojawiającą się co i rusz perspektywą tytułowego Dracha. Nie wiemy do końca kim, czy też czym, on jest. Ni to smok, ni to natura. Nie jest on ziemią, nie jest również węglem – choć chciałoby się tak powiedzieć, skoro to powieść o Śląsku. Trudno również mówić o nim jako o bóstwie pogańskim czy chrześcijańskim. Jest beznamiętny i ponadczasowy. Ludzi traktuje jako organizmy żywe, tak jak sarny i drzewa. Drach trwa, jest wszystkim i wszystko jest w nim – tak będzie się o nim mówić w książce.

Ale powiedzmy sobie szczerze – fragmenty, w których do głosu dochodzi Drach, mogą irytować. Po 200 stronach znamy je już niemal na pamięć. Po 250 chcemy skupić się na życiu bohaterów, a nie na kolejnych wynurzeniach Dracha o tym, jak rzeczy mają znaczenie i nie mają jednocześnie. Postać ta nadaje książce specyficznego klimatu, ale momentami jest jej za dużo.

Śląsk, Ślunsk, Schlesien, Silesia.

Ale to w końcu książka o Śląsku i Ślązakach, a Twardoch poświęca im sporo miejsca. Najciekawsze fragmenty Dracha rozgrywają się tuż po 1918 roku, podczas plebiscytów i powstań na Śląsku. To wtedy do głosu dojdą problemy tożsamościowe i narodowościowe pomiędzy Ślązakami, Polakami i Niemcami. To, czy ktoś postanowił mieszkać w Polsce i mówić po polsku, czy też przenieść się za niemiecką granicę, podyktowane jest wieloma czynnikami. Josef Magnor decyduje się na Polskę z powodów klasowych, w Niemcach upatrując bogaczy uciskających górników w kopalniach. Niektórzy przystają do Polaków bo dają się ponieść chwili podczas wiecu na miejskim placu. Część nie wykaże żadnego zaangażowania i pogodzi się z odgórnie naniesioną granicą. Ale są i tacy, którzy dołączają do wybranego przez siebie państwa w pełni świadomie i zdecydowanie. Mamy tu do czynienia z pełną paletą postaw społecznych. Nie muszę oczywiście wspominać o tym, że wybory dokonane około 1920 roku mają kolosalny wpływ na to, jak potoczy się historia poszczególnych osób podczas II wojny światowej, prawda?

Twardoch koncentruje się głównie na tych najdramatyczniejszych wydarzeniach XX wieku, w związku z czym niewiele znajdziemy fragmentów poświęconych życiu codziennemu. Natomiast Śląskość kwitnie w języku powieści, przede wszystkim w rozmowach, jakie toczą między sobą postacie. Nie jestem Ślązakiem i języka śląskiego nie znam w ogóle, ale fragmenty nim pisane są raczej zrozumiałe i sprawiają czytelniczą radość. Śląsk objawia się również w topografii i przestrzeni książki. Akcja dzieje się w konkretnie określonym miejscu i Twardoch odwołuje się jednocześnie do niemieckiego i polskiego [przed- i powojennego] nazewnictwa, co czasami naprawdę nieźle wypada.

Mężczyźni na przestrzeni dziejów

Obok tego wszystkiego Drach jest opowieścią o dwóch mężczyznach, Josefie i Nikodemie Gemanderze, którzy w pewnym momencie swojego życia postanawiają zrobić skok w bok. Obaj mają już żony i dzieci, obaj mają w miarę ustabilizowane życie. Swoją decyzją o zdradzie zaprzepaszczą wszystko, co dotąd posiadali: rodzinę, pozycję społeczną, zdrowie. Za ich czyny zapłacą zresztą nie tylko oni – ich bliscy ucierpią równie mocno, czasem nawet bardziej. Jest to zresztą motyw, który powraca z wcześniejszej Morfiny Twardocha – Konstanty Willemann również był rozerwany pomiędzy rolą ojca i męża a kochanką.

Totalna?

Drach nie jest niestety powieścią idealną. O nużących momentami fragmentach o Drachu już wspominałem. Wadą jest chyba również to, że Twardoch zbyt często poświęca sporo miejsca postaciom drugoplanowym, które niekoniecznie wnoszą do tej powieści coś ciekawego. Trochę raziły mnie fragmenty poświęcone broni i samochodom, ale tylko dlatego, że pojawiły się one już w Morfinie. Czytelników, którzy preferują klasycznie napisane powieści, może zdenerwować styl Dracha. To nowocześnie napisana powieść z dość poplątaną kompozycją – do wydarzeń, rozgrywających się w różnych latach, przenosimy się z akapitu w akapit, w związku z czym łatwo nam się w akcji zagubić.

Najbardziej zawiodło mnie jednak to, że opowieść Twardocha milczy na temat lat 1945-1989. Owszem, znajdziemy kilka fragmentów poświęconych PRL-owi, ale jest to kropla w morzu. A szkoda, z chęcią przeczytałbym o tym jak Ślązacy reagowali na komunizm [Drach dość jednoznacznie go ocenia], jak zachowali się w obliczu strajków i „Solidarności”. Czy poradzili sobie z traumą przejścia Armii Czerwonej i jaki był ich stosunek do wysiedleńców ze wschodu. Luki tej nie wynagradzają fragmenty poświęcone Nikodemowi, który żyje w dzisiejszej Polsce – choć ukazują miałkość współczesnego życia, jego losy nie są specjalnie zajmujące. Nie jest to niestety powieść totalna o Śląsku. Ale napisana została z niezwykłym rozmachem – za co należy jej się ogromny plus.

Mimo tych uwag uważam, że Drach jest niezłą powieścią. Jestem w stanie, przy powyższych zastrzeżeniach, które poczyniłem wyżej, polecić ją każdemu, kto chciałby przeczytać coś z nowej polskiej literatury. Nie obiecuję, że na pewno się spodoba, ale warto spróbować. A jeśli już ją przeczytasz i przypadkowo pochodzisz z Górnego Śląska, z chęcią dowiem się, co myśli o niej rodowity hanys.

Drach

Szczepan Twardoch