Gentlemani ruszają w górę Tamizy

To historia trójki przyjaciół: Jerome’a, Harrisa, George’a i ich psiego towarzysza Montmorency’ego, którzy postanawiają wybrać się w podróż łodzią w górę Tamizy, z Londynu do Oksfrodu. W założeniu plan nie jest skomplikowany: skombinujmy łódź, znajdźmy jakiś namiot, zabierzmy trochę prowiantu, świeżej bielizny i w drogę! To przecież banalnie prosta, kilkudniowa wyprawa.

Oczywiście nic tak naprawdę się nie uda: rozłożenie namiotu okaże się spektakularną klęska, nawigacja łodzią przerośnie całą trójkę, nawet upranie koszul jest dla trzech panów za trudne. Bohaterowie, kreujący się na grupę zapracowanych i dystyngowanych dżentelmenów, okazują się bandą wiecznie podpitych nieudaczników i leni, którzy psują wszystko, co wezmą do ręki.

BoultersLock03

„Boulter’s Lock Sunday Afternoon” czyli „Śluza Boulter w niedzielne popołudnie” – przedstawienie XIX-wiecznej Tamizy na obrazie Edwarda Johna Gregory’ego.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) jest zbiorem humorystycznych opowieści i obrazków, które snują nasi bohaterowie. Czy jest w związku z tym śmiesznie? Tak, momentami nawet bardzo. Część z żartów jest zaskakująco aktualna, jak na przykład ten, gdy Jerome, szukając opisu trapiącej go choroby w książkach w bibliotece, dochodzi do wniosku, ze zarażony jest wszystkim: od kiły, przez dżumę, po cholerę. Chyba każdy, kto próbował szukać informacji o chorobach w Internecie, wie, o co chodzi: prędzej czy później musimy pogodzić się z faktem, że mamy raka.

Nie zapominajmy również o Montmorencym, ozdobie całej wyprawy. Jest dokładnie taki, jaki powinien być mały, angielski foksterier: jazgotliwy, ruchliwy i agresywny. Rzuca się niemal na wszystko i wszystkich – wielkość oponenta nie gra większej roli. Scena brawurowego ataku na starego, czarnego kota i dyskusja jaką później toczą jest jedną z najśmieszniejszych w całej książce.

Momentami jednak humor może do nas nie trafić – to książka z XIX wieku. Proszę o tym nie zapominać i nie czuć się rozczarowanym, jeśli nie znajdziemy tu współczesnego angielskiego humoru rodem z Monty Pythona.

Mimo to książka jest naładowana naprawdę zdrową porcją ironii, która wymierzona jest we wszystko, co żywe. Niewiele rzeczy napisano tu „na serio”, przeciwnie niemal wszystko jest obśmiane i wykpione. Za tę rzecz należy się autorowi Trzech panów w łódce (nie licząc psa) naprawdę wielkie uznanie.

Przyroda i przeszłość

Wszystkie śmieszne historie napisane są z werwą i zacięciem, przez co książkę czyta się naprawdę szybko. Znajdziemy w niej jednak fragmenty zdecydowanie wolniejsze, momentami wręcz poetyckie. Dotyczy to szczególnie opisów angielskiej przyrody – Jerome J. Jerome  pisze o niej niemal w samych superlatywach, szczególnie wtedy, gdy odmalowuje zachody słońca nad Tamizą. Kilka fragmentów poświęconych jest historii Wielkiej Brytanii i choć część z nich również podana jest w formie żartu, to i w nich tempo akcji wyraźnie zwalnia.

Fragmenty o przyrodzie i przyszłości mogą  nudzić, ale odnoszę wrażenie, że są one ciekawym urozmaiceniem książki, momentami wytchnienia od  niekończących się gagów i śmiesznych powiastek.

Lekka i przyjemna

Trzech panów w łódce nie licząc psa jest książką lekka i przyjemną, w sam raz na leniwe, upalne dni. Trochę się pośmiejemy, może trochę zastanowimy nad sobą – ironia prędzej czy później zwróci ostrze również w naszym kierunku – nudzić będziemy się niewiele. To kilka, może kilkanaście wieczorów niezobowiązującej rozrywki, której oddało się ponoć ponad milion czytelników w samej Wielkiej Brytanii i USA.