Dolarowa trylogia to klasyka westernu, składająca się z trzech tytułów: Za garść dolarów [1964], Za kilka dolarów więcej [1965] i Dobry, zły i brzydki [1966].  Filmy traktowane są jako trylogia, jednak nie są ze sobą w żaden sposób połączone. Pierwszy z nich wydaje się najmniej ciekawy, dlatego można pominąć „Za garść dolarów” i przerzucić się od razu na obraz z 1965 roku. Ok – sporo osób zaraz powie, że western to nie jego bajka. Też tak uważałem, a potem obejrzałem Dobrego, złego i brzydkiego w długiej, trzygodzinnej wersji. Tylko po to, aby bardzo szybko obejrzeć go po raz drugi i bawić się równie dobrze.

Westerno italiano

To klasyczne włoskie westerny i znajdziemy tu wszystko, co nam się z nimi kojarzy: pojedynki rewolwerowców, przemierzanie pustkowi, poszukiwanie ukrytego gdzieś złota. Brakuje w gruncie rzeczy tylko napadu na pociąg. Bohaterowie nie są co prawda walczącymi w imię dobra kowbojami, ale nie są też – a przynajmniej nie wszyscy są – bandziorami, którzy strzelają do kogokolwiek popadnie. Szczególnie Dobry, zły i brzydki jest w tej kwestii zagmatwany: nawet jeśli ktoś zdobywa naszą sympatię i po cichu mu kibicujemy, to nie znajdziemy tu postaci, o której moglibyśmy powiedzieć, że jest dobra. I nie zmienia tego nawet tytuł filmu.

Całość jest naprawdę bardzo przyjemna. Filmy nie nużą – wyjątek może stanowić, jak już powiedziałem, pierwsza część trylogii. Natomiast im dalej w las tym lepiej. Postać małomównego, samotnego rewolwerowca wykreowana przez Clinta Eastwooda jest bezbłędna. Jego antagonista grany przez Lee van Cleefa również zapadnie nam w pamięć. A muzyka Ennio Morricone… no cóż, to muzyka Ennio Morricone. Kto jej nie zna, ten nie wie co traci.

Sergio Leone stworzył naprawdę porywające obrazy i warto się za nie zabrać. A jeśli nie mamy ochoty na wszystkie trzy, to przynajmniej za Dobrego, złego i brzydkiego. Tym bardziej, że letnie upały idealnie komponują się z pustynnymi krajobrazami filmów.

A na sam koniec kilka punktów, które są jedynie przedsmakiem tego westernowego świata.

 

4 rzeczy, dzięki którym poczujemy się jak Clint Eastwood na Dzikim Zachodzie

1. Nie zapomnij o papierosie

Wiszący z ust papieros i smugi dymu oplatające rondo kapelusza to kanoniczny obraz niemal wszystkich trzech filmów. Palony przed pojedynkiem i zapalany tuż po nim, jest nieodłącznym towarzyszem niemal każdego rewolwerowca. To samo możemy powiedzieć o fajce, której cały rytuał palenia jest chyba jedną z niewielu przyjemności tego świata.

Dym tytoniowy – oprócz prochu, krwi i kurzu – niemal sączy się z ekranu i nawet jeśli nie palimy, to możemy w pewnym momencie nabrać ochoty na małego „dymka”. Pokusa jest nieodparta – nawet jeśli wiemy, że prędzej zginiemy od raka płuc, niż w wyniku strzału z ukrytego pod płaszczem colta.

I jeszcze jedno. Nie ważne, czy zdecydujemy się na papierosa, fajkę bądź cygaro – i tak nie będziemy wyglądać tak dobrze, jak Clint Eastwood ze swoją cygaretką w lewym kąciku ust. Przykro mi bardzo.
clint-eastwood-394536_640

2. Zapuść nieokiełznaną brodę

Zapomnijcie o wymuskanych i wygolonych z laserową precyzją dziecięcych buziach metroseksualnych mężczyzn. Odeślijcie również w niepamięć facetów lumberseksualnych z równie wymuskanymi i wystylizowanymi z laserową precyzją brodami. To Dziki Zachód. Niech twój zarost będzie tak nieposkromiony i tak dziki jak otaczająca cię pustynia. Niech nie straszny będzie mu kurz i pot, który towarzyszy ci podczas poszukiwań złota, niech drwi sobie z krwi i bijatyk, w których będziesz brać udział. Niech rzuca wyzwanie skorpionom, z którymi będziesz nocować pod gołym niebem, niech…

Ok – poskrommy wyobraźnię. Dziki Zachód dzikim zachodem, ale nie pozwólmy żeby kojarzono nas przede wszystkim z chaszczami, które rosną na naszej twarzy. Możemy chodzić z idealnie przyciętymi wąsami jak Anielskie Oczka – prędzej czy później staną się one naszym znakiem rozpoznawalnym. Ale nie zapominajmy, że broda to jednak oznaka pewnej zwierzęcości i może od czasu do czasu wymknąć się nam spod kontroli.

 3. Jeśli masz strzelać, strzelaj. Nie gadaj

Nie gadaj za dużo – nie tylko dlatego, że dziwnie byś wyglądał pośrodku pustyni dysputując ze swym koniem bądź kaktusami. Te filmy przenoszą nas do świata czynów a nie słów. Tu liczy się to jak szybko pociągasz za spust, a nie jak szybko wymyślasz nowe legendy na swój temat.

Po drugie zbytnia gadatliwość nigdy nie wychodzi na zdrowie. A to wygadasz się, gdzie schowałeś złoto, a to sprzedasz swojego wspólnika bądź kogoś bardzo ważnego. Lepiej trzymać język za zębami niż powiedzieć za dużo.

Zresztą, zacytujmy Tuco z Dobrego, złego i brzydkiego: When you have to shoot, shoot. Don’t talk.

4. Z podniesionym czołem przeciw całemu światu

Nie ważne, czy tryumfujemy nad naszym odwiecznym rywalem, czy właśnie ktoś obija nam gębę. Nie ma też znaczenia, czy ręce mamy pełne dolarów, czy piachu i kurzu. Wszystko powinniśmy przyjmować z podniesionym czołem. Bo to my rozdajemy w tym świecie karty, nawet jeśli stoimy naprzeciwko kilkunastoosobowej grupy bandziorów.

Odnosi się to szczególnie do małomównego i konkretnego w swych działaniach Bezimiennego albo Blondasa, granego przez Clinta Eastwooda. Co by się nie stało, nie traci on spokoju i zawsze ma jakiś plan. Jest pewny siebie i swojej ręki, dobrze wie, na kim może polegać i kiedy wyłożyć wszystkie karty na stół. I niczym lodołamacz brnie do założonych przez siebie celów – nawet jeśli to mało odpowiednie porównanie w westernowym kontekście.